KONCERTY

Współ-granie

Współ-granie 1

Zdjęcie z archiwum WJ, fot. Grzegorz Mart (źródło)

Organizatorzy życia muzycznego radzą sobie jak mogą. Koncerty częściej przesuwa się w czasie niż odwołuje, choćby nawet planowany program musiał ulec zmianie. Warszawska Jesień, najbardziej rozpoznawalny polski festiwal muzyki współczesnej, o wieloletniej tradycji i wysokim prestiżu, odbył się w tym roku bez większych wstrząsów terminowo-repertuarowych. Pandemia odcisnęła wyraźniejszy ślad na formie niektórych koncertów – granych bez publiczności i transmitowanych online. Tego samego nie można niestety powiedzieć o kilkanaście lat młodszej Musice Polonice Novej. Wrocławskie biennale w tym roku zamilkło i zostało przeniesione o dwa lata do przodu – jednak nie w całości. Jedno z wydarzeń (z całym dobrodziejstwem inwentarza) zaadoptowała jego warszawska poprzedniczka. Zestaw kompozycji grany 22 września 2020 roku w Studiu Koncertowym Polskiego Radia wybijał się więc z głównego nurtu programowego „Jesieni”, ale wprowadzał też odrobinę świeżości – przede wszystkim w postaci prawykonania zamówionej przez Narodowe Forum Muzyki kompozycji Ewy Trębacz.

Koncert zbudowany był na zasadzie crescenda, zarówno pod względem ilościowym – od kompozycji kameralnej (NFM Trio Smyczkowe Leopoldinum) po zespołowe (NFM Orkiestra Leopoldinum) i z udziałem solisty (Adam Bałdych) – jak i jakościowym. Początkowe abstrakcyjne i wykalkulowane rytmicznie trio Prismiris Pawła Hendricha mogło zaostrzyć apetyt, choć leżący w kontrastach charakteru potencjał dramaturgiczny (precyzja i szorstkość kontra głębia brzmienia) nie został w pełni wykorzystany. Concertino Tomasza Skweresa przebiegło w dusznym, sonorystyczno-ekspresyjnym klimacie. W pamięć zapadał dopiero utwór Przemysława Schellera, Dziewczynka z zapałkami, na orkiestrę smyczkową – za sprawą subtelnie dawkowanego napięcia, wysmakowanych mikrotonowych harmonii i spójnych, lecz wewnętrznie bogatych faktur. Dużą rolę odgrywało tu troje skrzypiec, których zestrojone ze sobą proste, dźwięczne partie wyłaniały się z orkiestry w kluczowych momentach. Instrumenty te zostały wyizolowane z zespołu i umiejscowione na podwyższeniach w głębi estrady. Stanowiło to zapewne techniczny kompromis pomiędzy realizowaną we wcześniejszych wykonanych Dziewczynki z zapałkami ideą przestrzennego rozstawienia solistów na balkonach wokół publiczności, a rzeczywistością, w której wielowymiarowość kompozycji musiała zostać zredukowana do pospolitego stereo.

Tęskniących za żywymi wykonaniami, w których muzyka dociera do uszu słuchacza z rozmaitych kierunków, z pewnością nie ucieszyła wiadomość, że i nowy utwór Ewy Trębacz również usłyszymy w tej ułomnej, okrojonej postaci. Kompozytorka znana jest z umiejętnego wykorzystywania w swojej muzyce wielokanałowych projekcji dźwięku. W Metanoi braki przestrzenności zostały jednak w zupełności zrekompensowane, przede wszystkim za sprawą zjawiskowego Adama Bałdycha, dla którego utwór powstał. Jest to kompozycja o nawiązującej do tradycji koncertów solistycznych trzyczęściowej budowie, jednak – poza wirtuozowskim charakterem partii solisty i tempa oraz ogólnego klimatu kolejnych części (szybkie i żywiołowe ogniwa skrajne w opozycji do wolniejszego i stonowanego środkowego) – trudno tu mówić o jakichkolwiek tradycyjnych elementach. Nie ma melodii, rytmu, nie da się nawet wyłapać poszczególnych motywów – jedynie ich odległe cienie, zarysy, umykające i nieuchwytne. Akompaniament instrumentalny stapia się z elektroniką, a na poły improwizowana partia solisty jest równie sugestywna, co efemeryczna. Olśniewająca technika gry Bałdycha pozwala mu łudzić nasze zmysły: w zawrotnych przebiegach, ślizganiu się po powierzchni, niedostrzegalnie trącanych strun i błyskotliwych glissand. Które dźwięki naprawdę zagrał? A co było tylko iluzją naszego umysłu? Kompozytorka wyraźnie zdaje sobie sprawę z tych możliwości: gra barwą, fakturą, nastrojem, przemawia językiem domysłów i niedopowiedzeń.

Można więc powiedzieć, że ta mikro-fuzja dwóch festiwali zaowocowała pozytywnie. Musica Polonica Nova zostawiła po sobie ślad, który – podobnie jak niektóre z pozostałych koncertów Warszawskiej Jesieni – da się wciąż odnaleźć w internecie. Warto je wytropić i warto do nich wracać.

***