KONCERTY

Taci, taci…

Claudio Monteverdi, Madrigali guerrieri et amorosi, strona tytułowa

Jest w muzyce XVII wieku coś, czego nie znajduję w żadnej innej i czego nie potrafię nazwać. Może napięcie przejściowości? Kiedy słucham utworów z tamtego stulecia (i to obojętne, czy, tak przecież różnych, Buxtehudego czy Purcella, Lully’ego czy Monteverdiego), chociaż je rozumiem, a niektóre znam na pamięć, jak żadne inne zostawiają mnie z poczuciem, że mam do czynienia tylko z jakąś wersją nieustannie przeobrażającej się mgły. I oczywiście nie mam pojęcia, czy to kwestia muzyki, czy tylko mojego odbioru. Czy każdy słuchacz ma epokę albo styl, albo twórcę, albo nawet jedną kompozycję, która jest dla niego bardziej żywa niż wszystkie inne?

Z entuzjazmem przyjęłam więc zaproszenie Doroty Kozińskiej na koncert Academy of Ancient Music pod kierunkiem Laurence’a Cummingsa w Milton Court Concert Hall w Londynie (12 lutego) z wybranymi utworami z Ósmej księgi madrygałów Claudia Monteverdiego (polecam recenzję Upiora w operze). Do programu wyjazdu dodałam wieczór z muzyką a cappella w wykonaniu Tenebrae w Wigmore Hall (11 lutego) i wizytę u Johna Blowa i Henry’ego Purcella w opactwie westminsterskim, a Londyn zapewnił deszczową pogodę i pięknie kwitnące mimozy.

Chór Tenebrae jak zwykle imponował doskonałą intonacją i niebiańsko stopliwą barwą. Śpiewacy dostrajają współbrzmienia tak, że te zaczynają wręcz dzwonić, migotać – słychać to było choćby w zakończeniu Dum aurora Ivo Antogniniego. Niezmiennie podziwiam też umiejętność do prowadzenia formy przez Nigela Shorta, sprawiania, że wszystkie środki kompozytorskie służą temu, by czas stawał się namacalny. Przy tej czysto brzmieniowej urodzie, wykonania Tenebrae nigdy nie tracą czytelności słów i jasności sensu. Quatre motets pour un temps de pénitence Francisa Poulenca zabrzmiały tak samo satysfakcjonująco, jak w ubiegłym roku w Wieliczce, a nowych zachwytów dostarczyła fantazja Rodericka Williamsa na temat Williama Byrda, Ave Verum Corpus Re-imagined.  I choć może nie wszystkie utwory zasługiwały na tak dobre wykonanie (a z drugiej strony dzięki niemu można było zyskać pewność, że Msza na podwójny chór a cappella Franka Martina nie jest najlepszą kompozycją…), wieczór okazał się ze wszech miar udany.

Na koncert Academy of Ancient Music szłam z dużymi nadziejami, zwłaszcza wobec Anny Dennis (kto jej nie zna, może zacząć od Lamentu Dydony), ale to, co się wydarzyło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Sinfonia do Altri canti d’Amor zaczęła się niepostrzeżenie, a na wokalno-instrumentalną część śpiewacy dołączyli z miejsc rozproszonych wśród publiczności. I nie był to żaden pretensjonalny efekt, a łagodne przeprowadzenie słuchaczy z codzienności do prawdziwie zaczarowanego świata muzyki i muzyką właśnie rozgrywanego teatru. Nie było momentu, w którym cokolwiek na estradzie czy poza nią, wytrąciłoby mnie (i, śmiem podejrzewać, że nie tylko mnie) z ze świata Monteverdiego – jego bohaterów i ich wojenno-miłosnych przeżyć.

Cummings zachował źródłowy podział na parte guerriera parte amorosa, głównym bohaterem pierwszej czyniąc tenora Eda Lyona, a drugiej – sopranistkę Annę Dennis. Wszystkie utwory trzymały słuchaczy na skraju foteli. Śpiewacy (oprócz Lyona i Dennis kwartet: Danni O’Neill, Ciara Hendrick, Rory Carver, Rob Macdonald) i instrumentaliści budowali wciągający spektakl, podążając nawet nie tyle za słowem, ile za – oczywiście za słowem idącą muzyką. Każdy najdrobniejszy malarski szczegół, każdy dysonans, każda zmiana rytmu i tempa (cóż się pod tym względem działo w Ninfa che, scalza il piede!) były na swoim miejscu – i każdemu poświęcono odpowiedni czas. Nawet stukanie przez Cummingsa w klawesyn w Ballo: Movete al mio bel suon la piante snelle, które w innych warunkach mogłoby strącić całość w banał, tutaj porywało szczerym żywiołem zabawy godnym weselnego oszołomienia pierwszego obrazu Orfeusza. Dyrektor prowadził zespół od klawesynu, ale na Vago augelletto che cantando vai zupełnie naturalnie dołączył do śpiewaków.

Kulminacjami części były dwa arcydzieła – Il combattimento di Tancredi e Clorinda oraz Lamento della Ninfa. Lyon śpiewał z pamięci, z wolnej przestrzeni z przodu estrady, prawdziwie wcielając się w rolę Testa, roztaczającego swoją opowieścią obraz wojenno-erotycznego pojedynku Tankreda i Kloryndy przed publicznością zahipnotyzowaną, jakby pierwszy raz słyszała ich historię. Sugestywność śpiewaka dawała z łatwością wyobrazić sobie nie tylko wszystko, co się dzieje w tekście Tassa, ale i to, jakie wrażenie mógł robić na odbiorcach teatr, a nawet samo snucie opowieści w czasach sprzed filmu. Lyon jakby wywoływał, przyzywał partie instrumentalne i wypowiedzi postaci. Łatwo uwierzyć, że właśnie tak miało wyglądać genere rappresentativo – stawiające przed oczyma, a przecież drogą przez uszy, najbarwniejsze sceny. Anna Dennis jako Klorynda i Rory Carver jako Tankred zostali przy pulpitach. Kiedy nie śpiewali, zamierali jak posągi. Napięcie nie spadło ani na sekundę. Kończące Pojedynek… wznoszące „S’apre il ciel, io vado in pace” („Otwiera się niebo, odchodzę w pokoju”) Dennis zaśpiewała niewiarygodnie lekko i jasno, nie pozostawiając wątpliwości, że jej bohaterka dotknęła transcendencji. Lamento della Ninfa angażowało równie mocno. W tenorowo-basowym wstępie „Non havea Febo…” zdecydowano się na szybkie tempo, ale nie stracono żadnego z pysznych madrygalizmów. Podobnie przekonująco Dennis podawała w monologu każde słowo, znajdujące odzwierciedlenie w muzyce – napięcie i cierpienie wzmagało się na wszystkich coraz wyżej powtarzanych wezwaniach miłości czy zdradzieckiego kochanka, westchnienia wydzierały się z samego serca, każda pauza brzmiała znacząco. Było tak, jak wskazywał Monteverdi we wstępie do Lamento – „a tempo dell’affetto dell’animo”, zgodnie z emocjami poruszającymi duszę Nimfy. W wykonaniu Eda Lyona i Anny Dennis ujmowało jeszcze jedno. Jako soliści obydwoje skupiali na swoich bohaterach (nie na sobie, co ważne) całą uwagę, zagarniali estradę. Ale kiedy tylko dołączali do zespołu, stawali się takimi samymi wyborowymi kameralistami, jak wszyscy pozostali.

Z Londynu wracałam tym razem z wielkim muzycznym wzruszeniem i jedną okołomuzyczną myślą – jak bardzo pomagają w odbiorze sale budowane na ludzką miarę. Milton Court Concert Hall, chociaż nowa (otwarta w 2013 roku), jest przytulna, wyłożona czerwonawym, ciepłym mahoniem afrykańskim (sapele). A napisy pojawiały się nie na ekranie, a rzucano je światłem bezpośrednio na ciemną ścianę – elegancko, prosto i odciągania od tego, co najważniejsze.