BEZ ZOBOWIĄZAŃ

Trupy w ogórkach i w organach

Flawia de Luce, okładka

Czy prawdziwi detektywi słuchają muzyki – tego nie wiem (mam nadzieję, że tak). Ale są na pewno detektywi książkowi, którzy słuchają. Niektórzy mają nawet swoje ulubione gatunki i chodzą na koncerty (po prostu żeby posłuchać, a nie tylko łapać przestępców).

Kiedy studenci zdają egzaminy, powoli zbliżają się matury (cóż za kolejność w tym roku) i wakacje za pasem, może będziemy mieć czas i ochotę, żeby sięgnąć po coś lekkiego do czytania? Tym bardziej, że pewnie spędzimy w dużej części w domach albo na wsi, albo na mikrowyprawach w poszukiwaniu fantastycznych instrumentów.

Dla tych, którzy lubią rozrywkową literaturę z nienaturalnymi zgonami i miłe im są muzyczne tropy – parę rekomendacji.

Skrzypce na nudę

Dla przyzwoitości – pierwszą jest Studium w szkarłacie Arthura Conan Doyle’a. Warto sobie przypomnieć to opowiadanie, ale zwracając uwagę na to, co robi Sherlock Holmes po godzinach. I nie mam tu na myśli stymulacji środkami psychoaktywnymi ani eksperymentów na żywych zwierzętach (o których też się dowiadujemy z pierwszej odsłony przygód lokatora Baker Street 221B), tylko grę na skrzypcach. Dowiemy się też co nieco o guście Watsona:

Napomknąłem, że Sherlock dobrze grał na skrzypcach. Jego zdolności w tym względzie były naprawdę niezwykłe. Doskonale wiedziałem, że potrafi grać znane kompozycje, nawet bardzo trudne, ponieważ na moją prośbę zagrał niektóre z pieśni Mendelssohna i inne ulubione przeze mnie utwory. Jeśli jednak zostawiało się go samemu sobie, rzadko można by nazwać muzyką to, co wówczas grał. Nawet nie silił się nadawać wydobywanym z instrumentu dźwiękom jakieś konwencjonalne brzmienie. Wieczorami, siadając wygodnie w swoim fotelu, przymykał oczy i niedbale rzępolił na skrzypcach opartych na kolanach. Czasami rozbrzmiewały dźwięczne melancholijne akordy, innym razem słychać było radosne i pełne fantazji melodie.

Najwyraźniej odzwierciedlały myśli, które akurat go pochłaniały, jednak nie byłem w stanie odgadnąć, czy ta muzyka pomagała mu w rozumowaniu, czy może grał z czystego kaprysu. Może i zbuntowałbym się przeciwko tym dość męczącym solówkom, gdyby nie fakt, że na zakończenie zazwyczaj grał całą serię moich ulubionych utworów, jeden po drugim, jako niewielkie zadośćuczynienie za to, że nadużywał mojej cierpliwości.

— Arthur Conan Doyle, Studium w szkarłacie”, przeł. Anna Krochmal, Robert Kędzierski [w:] idem, „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, Warszawa 2011.

Do posłuchania:
— Frühlingslied Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’eego, w aranżacji na skrzypce z fortepianem Fritza Kreislera, wyk. Anne Sophie Mutter, André Previn. Pewnie podobałoby się Watsonowi.

Policjant o operowym sercu

Urząd Lotnictwa Cywilnego co prawda ogłosił już nowe zasady latania, ale pewnie i tak większość z nas zrezygnowała z dalszych wakacji – zawsze można jednak przeczytać coś, co toczy się atrakcyjnych urlopowo rejonach. M.L. Longworth, ponoć znawczyni Prowansji, osadziła akcję cyklu o sędzim śledczym Antoinie Verlaque’u i wykładowczyni historii prawa Marine Bonnet w Aix-en-Provence. W tłumaczeniu na polski ukazały się cztery tomy z jak dotąd ośmiu. Książki są co prawda dość schematyczne (pod względem formy robi się na moment ciekawiej w The Secrets of the Bastide Blanche), w połowie każdej pewnie będziemy wiedzieć, kto zabił. Wynagradzają to jednak świetne opisy jedzenia, wina i okolicy. Na dodatek drugoplanowy bohater (który jednak z tomu na tom zyskuje – ku mojej radości – coraz więcej „czasu antenowego”), komisarz policji Bruno Paulik, choć wydaje się stereotypowym policjantem – umięśnionym i milczącym, niegdyś grającym w rugby, kocha muzykę, a najbardziej – operę. Nie omija żadnego spektaklu na tamtejszym słynnym festiwalu (bierze wtedy nawet urlop). Uwielbia też swoją utalentowaną muzycznie córkę. W czwartym tomie, Morderstwo na Île Sordou, Léa zdaje egzamin wstępny do szkoły muzycznej – śpiewa wtedy En prière Gabriela Faurégo.

Do posłuchania:
— En prière Gabriela Faurégo, wyk. Elly Ameling, Dalton Baldwin.

Trucizny, filatelistyka i Bach

Bohaterka cyklu Alana Bradleya rozpoczynającego się od powieści Zatrute ciasteczko (po polsku wydanych dziewięć tomów, w oryginale jeszcze tomy 6,5 i 10), jedenastoletnia Flawia, muzykiem nie jest. Jej największa pasja to chemia, zwłaszcza organiczna, przede wszystkim trucizny. Dziewczynka wychowywana bez matki, z nieobecnym ojcem (zajmującym się głównie filatelistyką, wiązaniem końca z końcem i tęsknotą za ukochaną Harriet) już w pierwszym tomie znajduje na progu kuchni martwego kszyka ze znaczkiem pocztowym nabitym na dziób oraz szepczącego po łacinie prawie trupa (za chwilę będzie nim całkowicie) wśród rosnących ogórków. Na szczęście nie jest to tylko typowa cozy mystery, w której w trzy tomy wybijamy połowę ludności wsi (ta druga połowa to mordercy). Z czasem okazuje się, że większość dziwnych zdarzeń ma zakorzenienie w pogrążonej w ciemnościach przeszłości, a przyszłość rezolutnej, dość złośliwej, ruchliwej i bardzo inteligentnej bohaterki może się okazać nawet bardziej mroczna.

Tymczasem jednak Flawia żyje sobie na uboczu małej angielskiej wioski Bishop’s Lacey, w podupadłej posiadłości, w której skrzydle znajduje się nieco zabytkowe, ale działające, laboratorium. Z ojcem, gosposią, tajemniczym ogrodnikiem o wojennej przeszłości i dwiema starszymi siostrami: Dafne kochającą czytać i Ofelią, która poświęca się przede wszystkim dbaniu o swój wygląd i muzyce. To głównie za sprawą najstarszej z sióstr muzyka wielokrotnie rozbrzmiewa w Buckshaw i okolicy. Ofelia prawdopodobnie całkiem przyzwoicie gra na fortepianie (np. sonaty Beethovena czy Wariacje Goldbergowskie Bacha), organach (np. Kunst der Fuge, ale grywa też w czasie nabożeństw) i śpiewa. W końcu zostaje etatową organistką w kościele św. Tankreda (po tym jak poprzedni organista został znaleziony martwy).

Flawia co prawda nie śpiewa, ale sporo słucha. Wiemy, że woli Paradisiego od Bacha, Les Sauvages Jeana-Philippe’a Rameau od Sonaty księżycowej Beethovena, a o jakości utworów organowych świadczy jej zdaniem dynamika (im głośniej, tym lepiej). Kiedy nie może spać, słucha Adagio for Strings Samuela Barbera, kiedy myśli o miłości (cudzej) – Rapsodii na temat Paganiniego Sergieja Rachmaninowa, a do opisu nastrojów stosuje muzyczne porównania (nieodsuwalna wizja bankructwa jest jak nuta pedałowa w organach). Muzyka towarzyszy rodzinie Flawii i jej samej w codzienności (nucenie Bacha w trakcie jazdy na rowerze) i ważnych chwilach. Piękny jest fragment w najnowszym tomie, jeszcze nieprzetłumaczonym The Golden Tresses of the Dead (roboczo przyjmijmy: Złote pukle nieboszczyka), w którym (uwaga, spojler! jeśli komuś przeszkadza, proszę ominąć cytat!) Ofelia z Dieterem wykonują w czasie swojego ślubu Gute Nacht Schuberta:

Fela, rumieniąc się wściekle w swojej skłębionej białej sukni ślubnej, denerwująco bawiła się – jak to ma w zwyczaju – wysokością stołka od fortepianu, kręcąc siedzeniem tam i z powrotem, dokonując szeregu coraz mniejszych poprawek, aż sprostał surowym wymaganiom jej wybrednego tyłka. Usiadła i podniosła klapę.

Zapadła długa, pełna wyczekiwania cisza, aż wreszcie jej dłonie opadły na klawisze i zaczęła grać.

Do ciągu schodzących akordów, następujących jeden za drugim, przyłączyła się melodia o dziecinnej prostocie.

Dieter stał sztywno przy fortepianie, który, moim zdaniem, wyglądał w świetle witraży niecodziennie, jak polerowana czarna trumna. Włożył rękę pod połę żakietu i zaczął śpiewać po niemiecku:

„Fremd bin ich eingezogen…”

To było „Gute Nacht” z cyklu pieśni „Winterreise”. Od razu poznałam, że to jedna z pieśni Franza Schuberta, tych utworów o miłości i tęsknocie tak popularnych w ubiegłym wieku i wciąż uwielbianych przez Program Trzeci radia BBC.

„Przybyłem tutaj obcy”, tak zaczęła się pieśń i kontynuowała smutną opowieść o zakochanym młodzieńcu, stojącym w śnieżnej ciemności w bramie domu ukochanej. Nie śmie zakłócać jej snów, zamiast tego pisze na jej bramie „Dobranoc”, żeby, kiedy się obudzi, widziała, że o niej myślał.

Mimo że Dafi wyjaśniła mi wszystko dokładnie, nie rozumiałam wtedy – i wciąż nie rozumiem – jak to jest, że miłość karmi się tak żarliwie smutkiem.

Jak jednak pomyśleć, Dieter przybył do nas jako obcy – dokładniej jeniec wojenny – ale dawno już przyjęliśmy go z otwartymi ramionami. Teraz jest już tak samo częścią Bishop’s Lacey jak wieża św. Tankreda. Czy wybrał tę konkretną pieśń na ślub, żeby pokazać los, któremu ledwie umknął?

Brzmienie głosu Dietera sprawiło, że włosy stanęły mi dęba. Jego bogaty baryton wypełniał kościół ciepłem, które sprawiało, że zwracałeś się ku najbliższemu sąsiadowi i uśmiechałeś: w moim przypadku była to Cynthia Richardson, żona pastora, która wycierała łzy. Cynthia również, a także jej mąż, po tragicznej stracie ich pierwszego i jedynego dziecka, znała żal o tej samej mocy co ten, o którym śpiewał Dieter.

Złapałam spojrzenie Cynthii i mrugnęłam do niej. Odwdzięczyła się smutnym, krzywym, głupim uśmiechem.

Melodia Schuberta wznosiła się jak schody do nieba. Mimo melancholijnych słów, muzyka niosła nadzieję, coraz wyżej i wyżej, coraz bardziej niezapomniana.

Była to, jak sobie uświadomiłam łapiąc dech, historia mojego dotychczasowego życia, nagle zaczęłam oddychać z trudem.

Wielka muzyka wywiera na człowieka taki sam wpływ jak cyjanek, udało mi się pomyśleć: paraliżuje system oddechowy.

Ogarnij się, Flawio, pomyślałam.

Słyszałam opowieści o ludziach rozklejających się na ślubach, ale nigdy nie myślałam, że to mogłoby przydarzyć się mnie.

Czy nagle uświadomiłam sobie, że nazajutrz Fela odejdzie z Bukshaw na zawsze? To wydawało się nie do pomyślenia.

My dwie prowadziłyśmy ze sobą wojnę od dnia, kiedy po raz pierwszy przewróciła mój wózek. Co ja bez niej zrobię?

[…]

Zbyt szybko pieśń Dietera dobiegła nieuniknionego końca. Prawie wszyscy nagrodzili ją eksplozją braw, Carl Pendraca gwizdał rozdzierająco na dwóch palcach, a Undine wydawała niewytłumaczalny skowyt – wycie wilka do księżyca.

Już miałam ją uszczypnąć, kiedy obnażyła swoje małe kły w wilczym grymasie, i opuściłam rękę. „Gute Nacht”, wyszeptała chrapliwym, gardłowym głosem, który dało się usłyszeć nawet z daleka.

Ktoś zachichotał, ale to nie ja.

Fela zamknęła klapę fortepianu, skręciła stołek, przeszła na początek nawy i wróciła do roli spłonionej panny młodej.

Przemiany, pomyślałam, są wszędzie. Wszyscy przechodzimy proces stawania się kimś – lub czymś – innym. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że wokół są prawdopodobnie ludzie, którzy właśnie umierają.

— Alan Bradley, The Golden Tresses of the Dead, New York 2019.

Książki o Flawii są najeżone muzycznymi, historycznymi, chemicznymi i literackimi odniesieniami, a przy tym przekomiczne, mądre i dobrze przetłumaczone (Jędrzej Polak, Magdalena Moltzan-Małkowska). Jeśli ktoś jeszcze szuka spóźnionego prezentu na Dzień Dziecka (dla siebie, oczywiście), to polecam. Sprawdzone na sobie, osobie nieco starszej i osobach młodszych (najmłodsza lat 10, te trupy tu i tam jednak mogą jeszcze młodszych pewnie wystraszyć).

Do posłuchania:
— Gute Nacht Franza Schuberta, wyk. Matthias Goerne, Christoph Eschenbach
— sonaty klawesynowe Pietra Domenica Paradisiego, wyk. Enrico Baiano
— Les Sauvages Jeana-Philippe’a Rameau, wyk. fortepianowe (jak grała to Ofelia), Vikingur Ólafsson
— Adagio for Strings Samuela Barber, wyk. New York Philharmonic, dyr. Leonard Bernstein
Rapsodia na temat Paganiniego Sergieja Rachmaninowa, wyk. Danil Trifonov, Philadelphia Orchestra, dyr. Yannick Nézet-Seguin
— Wariacje Goldbergowskie Johanna Sebastiana Bacha, wyk. Glenn Gould

***

W następnych odcinkach: kod Chopina, jak z sensacji zrobić tragikomedię, czyli wpadki tłumaczy, pośmiertne maltretowanie Bacha, czy z powodu chorału gregoriańskiego można zabić, jak elegancko ukatrupić skrzypka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *