BEZ ZOBOWIĄZAŃ

Z tęsknoty za zimą

gałązka aronii przykryta śniegiem

Luty. Ciągnie się. Zwłaszcza w tym roku. Dzień niby coraz dłuższy, ale rośnie za wolno. Znudzeni i przytłoczeni płaszczami, ciemnością, szarością, zwykle tęsknimy do wiosny (chyba że jesteśmy jak bohater piosenki Jonasza Kofty). Ale może w tym roku bez śniegu i mrozu trochę tęsknimy za zimą (z powodów różnych, także tych związanych z ogólnym stanem pogody i klimatu, no i być może dlatego, że zapomnieliśmy o niedogodnościach związanych z najchłodniejszą porą roku)?

Dla tych wszystkich, którzy chcieliby poczuć zimę, a nie mieli okazji wyjechać w jakieś miejsce, w którym jeszcze można uświadczyć śniegu i chłodu, a także dla tych, co – tak jak ja – dzięki tekstowi Karoliny (lub po prostu) zakochali się w zmrożonej muzyce Hansa Abrahamsena, przygotowałam krótką zimową playlistę, której można posłuchać TUTAJ.

Komu więc za ciepło, niech słucha!

Henry Purcell – Cold Song z semi-opery King Arthur, or The British Worthy

Jeden z najbardziej znanych utworów z motywem zimy. Duch Zimna skarży się w nim na swój los i pragnie wrócić do swojego zamrożonego stanu. Został bowiem został obudzony i, jak na nagle i bezprawnie zbudzonego przystało, nie jest z tego zadowolony. Pewnie podpisałby się pod słowami piosenki Kofty, że wiosna nie przyniesie mu niczego dobrego.

Ta aria może też być jednym z dowodów na to, że niski rejestr nie kojarzy nam się raczej z zimnem. Jakie są jej najbardziej znane wykonania? Klaus Nomi? Andreas Scholl? Tim Mead? Jakub Józef Orliński? A na jaki głos została napisana? Na bas.

A dla tych, którzy mają więcej czasu albo znudzili się już Cold Song, umieściłam na liście jeszcze chór wychłodzonej ludności See, see, we assemble.

Jean-Baptiste Lully ­– Le Chœur des Trembleurs z tragedii muzycznej Isis

W zasadzie od tego Chóru drżących należałoby zacząć, bo podobno na nim wzorował się Purcell, pisząc dla swoich zmarzluchów. Podobne repetycje odmalowują tu wychłodzonych Scytów, wśród których znalazła się uciekająca przed Junoną Io.

Antonio Vivaldi – Zima z Czterech pór roku

I znów repetycje – w pierwszej części. A w drugiej – pizzicata mogące stanowić odpowiednik dzwonkowych brzmień w smyczkowej obsadzie. A w trzeciej? Nuta pedałowa – zatrzymanie. Zastanawiam się, czy to nie Vivaldi najbardziej utrwalił topos zimy w muzyce. Wykonawcy też często rezygnują w tym koncercie z pełnego brzmienia, decydując się na jaśniejsze, metaliczne, czasem trochę bardziej szeleszczące.

Helmuth Lachenmann – Dziewczynka z zapałkami

A do samego prawie szelestu zredukował muzyczny obraz zimna Lachenmann w operze  Das Mädchen mit Schwefelhölzern. Jeden z najważniejszych awangardzistów drugiej połowy XX wieku nie odrzucał znaczeń przypisywanych pewnym brzmieniom czy instrumentom przez wieki. Świadomość ich istnienia uważał wręcz za konieczną w pracy kompozytorskiej – ten krąg znaczeń otaczający instrument, dźwięk czy cały fragment melodii określał mianem „aury” (choć to pojęcie jest trochę szersze). Z Dziewczynki z zapałkami proponuję trzy fragmenty (oczywiście polecam też całość!): In dieser Kälte, Frier-Arie oraz Schneeflocken.

Tristan Murail – Winter Fragments

Mamy tu i spowolnienie czasu, i dzwonki, i jasne flet i skrzypce. Elektronika dodatkowo odrealnia brzmienie, nadaje utworowi charakter niesamowitego pejzażu. Nie całkiem spokojnego – w swobodnie kształtowanej formie natrafimy też na gwałtowniejsze fragmenty. Całość jednak zaczyna się i kończy zmrożeniem absolutnym.

Stanisław Moniuszko – Bajka

O pierwotnym tytule BajkiConte d’hiver (Opowieść zimowa) – warto pamiętać zwłaszcza w kontekście smyczkowego rozpoczęcia o bardzo wyrazistej pulsacji i słynnego fletowego sola. Bardzo żałuję, że {oh!} Orkiestra Historyczna nie nagrała oprócz Sonetów krymskich również tej uwertury, którą przecież na koncertach z utworem do słów Mickiewicza wykonywała.

Piotr Czajkowski – Dziadek do orzechów

Skoro już przy romantycznych utworach orkiestrowych jesteśmy – nie można nie wspomnieć o żelaznym repertuarze okołobożonarodzeniowym – Dziadku do orzechów. I chociaż czelestowo-pizzicatowo-pozytywkowy Taniec wieszczki cukrowej idealnie odpowiada stereotypowi muzyki zimowej, to posłuchajmy czegoś innego: Walca płatków śniegu. I dotrwajmy do zakończenia!

Franz Schubert – Winterreise

Na antypodach lukrowanego romantyzmu Dziadka do orzechów (żeby nie było – lukier bywa wspaniały!), znajdziemy kolejny zimowy szlagier (studenci zamiast słuchać wykonań, które im przedstawiam na zajęciach, zwykle próbują podśpiewywać…). Co można zrobić, żeby Podróż zimowa brzmiała jeszcze bardziej zimowo, jeszcze bardziej przejmująco? Ano zamiast fortepianu wprowadzić lirę korbową albo smyczki: obie wersje do posłuchania.

György Kurtág – Egy téli alkony emlékére

Gdyby ktoś nie mówił po węgiersku, tytuł oznacza Wspomnienie zimowego wieczoru. Cykl wczesnych pieśni Györgya Kurtága do słów Pála Gulyása ma wszystko, czego oczekujemy od muzyki zimowej: wysokie smyczki, wrażenie zamierania, „punktowe” dźwięki – tutaj jednak zamiast smyczkowego pizzicata słyszymy cymbały.

Proponuję subtelną drugą część cyklu: Sostenuto do słów znaczących mniej więcej (zapewne mniej niż więcej, bo tłumaczyłam za pośrednictwem angielskiego przekładu Petera Sherwooda):

Czekałam na ciebie, ale przybył tylko zmierzch.
O zmierzchu zaczął padać śnieg.
Wahadło zegara zrodziło smutek.
Śnieg pokrył każdą drogę i bruzdę.

— Pál Gulyás

Ralph Vaughan Williams – Sinfonia Antartica

Żeby nie utknąć całkiem w pieśniach (a mogłabym!) – symfonia. Siódma w dorobku Vaughana Williamsa powstała na bazie muzyki do filmu Scott of the Antarctic. Każdą z czterech (jak należy) części kompozytor poprzedził literackim mottem. Trzecie ogniwo otrzymało fragment z Hymnu przed wschodem słońca w dolinie Chamouni Samuela Taylora Coleridge’a:

Ye ice falls! Ye that from the mountain’s brow
Adown enormous ravines slope amain –
Torrents, methinks, that heard a mighty voice,
And stopped at once amid their maddest plunge!
Motionless torrents! Silent cataracts!

— Samuel Taylor Coleridge

George Benjamin – A Mind of Winter

Ale do pieśni zawsze warto wracać! Kiedyś pewnie napiszę osobno o operach George’a Benjamina, a teraz proponuję wokalny poemat A Mind of Winter do wiersza The Snow Man Wallace’a Stevensa. Oddajmy głos kompozytorowi:

W tym opracowaniu zmrożona, pokryta śniegiem ziemia odmalowana jest przez nieruchomy akord a-moll w smyczkach z tłumikami; talerze i wielokrotnie dzielone glissanda smyczków portretują mroźne podmuchy wiatru. Inne instrumenty – obój solo, drzewo w dwu- lub trzyosobowych grupach, dwie liryczne waltornie – sugerują różne pojedyncze elementy sceny. W centrum pejzażu stoi samotny Bałwan – trąbka piccolo z tłumikiem – wokół którego sopran rozpościera powolne, kanciaste frazy, dostrzegając „Nothing that is not there and the nothing that is”.

— George Benjamin

Beat Furrer – Voicelessness. The Snow Has No Voice

Ten nietypowy kanon (zamiast zapisywać nuty dwa razy, Furrer po prostu wstawił akoladę dwa razy gęściej, w ten sposób partia lewej ręki staje się po jednym systemie partią ręki prawej, podczas gdy lewa zaczyna grać kolejną linijkę – bardzo oszczędnie!) opatrzony jest i poetyckim tytułem, i określeniem tempa: „bardzo spokojnie–w napięciu–lśniąco”.

Z tęsknoty za zimą 1
Beat Furrer, Voicelessness. The Snow Has No Voice, fragment, © Universal Edition

Na dodatek linie są zazwyczaj zdesynchronizowane, każda w nieco innym metrum. Efekt to pozornie nieregularne padanie fortepianowych dźwięków, często powtarzanych tych samych wysokości. Trochę kojące, trochę niepokojące. Jednocześnie rozluźniające i paraliżujące. Hipnotyzujące.

***

Jakimś trafem (zapewne kulturowo-neurologiczno-psychologicznym) utwory związane z mrozem, śniegiem, lodem, mają wspólne cechy (oczywiście nie zawsze wszystkie). Często usłyszymy w nich powtórzenia dźwięków oddające drżenie lub zamieranie. Zwrócą naszą uwagę jasne, świetliste barwy, być może odpowiadające światłu odbijanemu przez śnieg i lód: wysoki rejestr, flażolety, artykulacja sul ponticello lub flautando, dzwonkowe brzmienia krotali, glockenspieli, czelesty czy trianlga; także dodatkowe podbijanie wysokich alikwotów przez wykonawców. Doświadczymy spowolnionego rytmicznie lub harmonicznie ruchu.

Co ciekawe zjawiska te nie dotyczą – jak spora część muzycznych toposów – tylko muzyki klasyczno-romantycznej, utrzymanej w systemie dur-moll, ale też dawniejszej i nowszej, niezależnie od systemu dźwiękowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *