SPEKTAKLE, UTWORY

Dwie Wandy

Dwie Wandy 1

Sławoj vs. Roderyk, słowiańskość vs. germańskość, pogaństwo vs. chrześcijaństwo, zasługi vs. szlachectwo, dobro własne vs. dobro kraju. Przed takimi dylematami staje legendarna Wanda w operze Antonína Dvořáka – choć nie najbardziej znanej, to na szczęście nagrywanej niekiedy i wystawianej.

Ale najpierw ciekawostka: o córce Kraka na początku XX wieku napisał utwór ktoś zupełnie inny – Władysław Żeleński (którego żona miała na imię Wanda!). Jego II Symfonia a-moll „Legenda o królewnie Wandzie” niestety zaginęła. Kompozytor zdobył nią nagrodę w konkursie Filharmonii Warszawskiej, wykonano ją jeszcze na krakowskim koncercie z okazji jego 75. rocznicy urodzin w Teatrze Słowackiego. Potem słuch o niej zaginął. Jeśli znajdziecie coś w tym stylu w jakichś archiwach teatralnych lub muzycznych Krakowa, Lwowa lub Warszawy, koniecznie dajcie znać!

Dwie Wandy 2
Program uroczystości urodzinowych Władysława Żeleńskiego, cała broszura dostępna tu

Możemy oczywiście spekulować, jak mogłaby brzmieć II Symfonia. Podobnie do Goplany?Może z wpływami Berlioza? A może Dvořáka? Czeska muzyka i kultura były bliskie autorowi opracowania pięciu wierszy z Królodworskiego rękopisu, studiującego w Pradze u Josepha Krejčíego. Po jego Wandzie został jednak tylko krótki program, tonacja, gatunek, sugestywne tytuły części, informacja o zdobytej nagrodzie i nota autorstwa Franciszka Bylickiego zamieszczona przed jubileuszem w krakowskim „Czasie” (a także wzmianki w innych numerach pisma):

Utwór ten, na wielką napisany orkiestrę, a złożony z czterech części, osnuty jest na legendzie o królowej Wandzie. Legenda jednak nie jest podkładem w znaczeniu dzisiejszych programowych utworów, gdzie obok nastroju, jest zadaniem i celem trafne ujęcie tekstu w dokładnem następstwie myśli, uczuć i obrazów, przez wyraz muzyczny. Symfonia Żeleńskiego odzwierciedla swobodnie ogólno ludzkie uczucie na tle polskiej przyrody i życia, bez konkretnego podkładu rzeczowego. Stąd też i forma symfonii na wzorach klasycznych oparta. Jakkolwiek część pierwsza ma tytuł legendy, to jednak jest ona tylko początkiem tejże, i da się streścić jako uczucie Wandy dla obcego a wrogiego jej ludowi księcia; i złowrogie stąd przeczucia. W części drugiej: „marzenia nad Wisłą”. Wanda, upojona czarem przyrody, marzy o szczęściu, ale w te błogie myśli wplata się nieubłaganie przeczucie śmierci. Stąd smutek, któremu autor symfonii daje wyraz, wybornym pomysłem marsza żałobnego, bardzo jednak dyskretnie rytmem i siłą zaznaczonego. Część trzecia, „sobótki” to uroczystość i zabawa ludowa.
Część czwarta jest obrazem właściwego dramatu i szczególnie zajmującą kontrastem orszaku weselnego księcia niemieckiego i niespodziewanego zakończenia uroczystości, dobrowolną śmiercią Wandy w nurtach Wisły. W symfonii powyższej złożył autor nietylko dowody bogatej inwencyi, ale również pracy nad zdobyczami nowemi sztuki instrumentacyjnej.

Franciszek Bylicki, Władysław Żeleński. W 75-tą rocznicę urodzin, „Czas”, nr 538, 21 listopada 1912 (pisownia oryginalna, http://www.mbc.malopolska.pl/dlibra/docmetadata?id=43092&from=publication)

Niestety nie znamy dalszych losów dzieła. Wykonanie  II Symfonii zostało co prawda odnotowane, ale mogło przyćmić je inne wydarzenie – o którym również donosił „Czas” – nagły zgon przyjaciółki Żeleńskich na urodzinowym przyjęciu w domu kompozytora…

Wracając do Dvořáka. Z jego Vandy zaginęła na szczęście tylko partytura (w czasie II wojny światowej), głosy przetrwały. Wersja legendy z libretta Václava Beneša-Šumavský’ego i Františka Zákrejsa różni się nieco od powszechnie znanej wersji legendy – Wanda nie kocha Roderyka a Sławoja. Choć nauczeni Sigismondem sądzić moglibyśmy, że to przecież lepiej, bo żona (mąż) z obcego kraju może być przyczyną kłopotów, tutaj problem tkwi w czymś innym: Roderyk jest księciem, Sławoj tylko zwykłym wojem. Z testamentu Kraka wynika zaś, że Wanda może sobie co prawda wybrać męża sama, ale musi on po pierwsze udowodnić swoje zdolności wojenne, po drugie pochodzić z wysokiego stanu. Sławoj pokonuje Roderyka w pojedynku, na prośbę Wandy daruje mu jednak życie. Kolejna okazja do zabicia Roderyka nadarza się, gdy zakochani znajdują go nocą u wiedźmy Homeny, którą ten błaga, by odprawiła ofiary i czarami oddała mu Wandę. Niestety kolejny raz królowa się nad nim lituje. Dzięki temu Niemiec może nadciągnąć z całą armią. Lud, z kapłanem Velkoknezem na czele, obwinia o wszystko Wandę, która wystąpiła przeciw woli ojca i bogów. Ta zaczyna sama wierzyć w swój zły los i ofiaruje swoje życie w zamian za wygraną w wojnie. Przed rzuceniem się do Wisły namaszcza jeszcze Sławoja na swojego następcę, wypowiadając śmieszno-straszne zdanie, że mężczyzna lepiej będzie rządził państwem… To oczywiście kostium historyczny, kryjący odniesienia do sytuacji Czech w imperium Habsburgów.

O tym, że spektakl zrealizowany w ramach festiwalu Opera Rara (premiera 8 lutego, ja byłam na jednym z kolejnych przedstawień, 12 lutego) należał do przyjemnych, zdecydowała przede wszystkim muzyka Dvořáka: z furiantami, pięknymi pieśniami inspirowanymi melodyką ludową (przeuroczy chór Slunko sviti, slunko hreje), lirycznymi duetami, scenami walk i pojedynków, klimatycznymi fragmentami towarzyszącymi nocnym obrzędom, a nade wszystko – archaizowanymi fragmentami modlitewnymi a cappella (jak Padneme vsichni zbozne na kolena). W ostatnich błyszczał spoistą, pełną barwą Chór Polskiego Radia przygotowany przez Marię Piotrowską-Bogalecką. Aż żal, że żaden z tych fragmentów nie jest a cappella w całości, do wszystkich ostatecznie dołącza orkiestra. Chór sprawdził się zresztą dobrze w całym przedstawieniu, niezależnie od faktury muzyki i działań aktorskich, przed którymi był stawiany (może poza noszeniem ewidentnie styropianowych lub pustych w środku kamieni, które nie miały żadnego ciężaru).

Inna sprawa, że nie wymagano od chórzystów niczego nadzwyczajnego. Koncepcja scenograficzno-kostiumograficzna (George Johnson-Leigh) była bardzo prosta, dostosowana do surowego i mało plastycznego wnętrza Teatru Łaźni Nowej. Zarysowano tylko skrótowo przestrzeń z symbolicznie zaznaczoną niebieskim kolorem Wisłą (we współczesnym korycie raczej, niż dawnym), oddzielającą też orkiestrę, paroma skałami i ołtarzem-tronem przypominającym wielki polip. Scenografia i kostiumy utrzymane były w odcieniach szarego, białego i czarnego, stroje były w większości współczesne i w niektórych przypadkach (zwłaszcza kapłana) stylizowane na typowe dla kultury muzyki metalowej. Natomiast do koncepcji całości nie pasowały jakoś bufiaste rękawy koszuli głównej bohaterki – rodem raczej z powieści płaszcza i szpady.

Reżyserka Karolina Sofulak powoływała się na kulturę popularną i święcące tryumfy wytwory fantasy, ze szczególnym uwzględnieniem Gry o tronWiedźmina. Na szczęście nie zaszkodziło to historii ani muzyce: nie trzeba było rugować chóru ze sceny ani wprowadzać dodatkowych bohaterów. Dobrze zadziałał nienachalny i drobny wątek komiczny nieobecny w samym libretcie – przedstawienie pretendentów do ręki Wandy jako raczej mało atrakcyjnych, niewalecznych, niepasujących do sylwetek przedstawionych w libretcie. No i oczywiście – smok. Czym byłoby fantasy bez smoka? Ten, przyznam, skradł moje serce zupełnie, bo wyleciał prawdopodobnie prosto nekropolii z Heroes of Might and Magic. Inna sprawa, że być może to on pochłonął lwią część budżetu, przez co Wisła była niebieską taśmą, a kamienie styropianowe. Mimo smoka, związku przedstawienia z legendarnymi czasami Wandy i Krakowem, i zasadniczej nieszkodliwości inscenizacji, nie jestem do niej w pełni przekonana – żeby świat fantastyczny wciągał, potrzeba raczej czegoś więcej niż kilku rekwizytów. Niepotrzebny był też dwuosobowy balet mający dopowiadać rozterki wewnętrzne bohaterów czy ukazywać siły losu. Dlaczego nie zaufano tej tak sugestywnej muzyce i inteligencji odbiorców?

Ale to nic. To, co najważniejsze – muzyka – działało. Zasługa w tym po pierwsze śpiewaków występujących w głównych rolach. Adriana Kučerová śpiewała wyśmienicie. W każdym rejestrze jej głos jest brzmiący, nośny, śpiewaczka w zupełności nad nim panuje – co objawiło się choćby w kontrolowaniu wibracji, której dokładała więcej tylko wtedy, kiedy miało to dramaturgiczne uzasadnienie (tuż przed śmiercią!). Czasem miałam problem z wysłyszeniem spółgłosek w wyższym rejestrze, ale to może nie być jej wina (do czego jeszcze wrócę). Kučerovej świetnie partnerował Piotr Buszewski – technicznie bardzo dobry, pokazał, że ma głos zwinny i skutecznie z niego korzysta, choć mnie jego metaliczna, jasna i raczej płaska barwa dość przeszkadzają. Para stworzyła bardzo wiarygodny duet głównych bohaterów – walecznych kochanków. Sebastian Szumski (Roderich) niestety wpadał czasem w studzienne, puste brzmienie, a niski rejestr Michała Dembińskiego (Velkoknez) ginął pod orkiestrą i nie był wystarczająco straszny – raczej zrezygnowany i z niewielką mocą sprawczą. Nie są to jednak usterki, które znacząco zaważyłyby na odbiorze całości. Śpiewacy w pozostałych rolach drugoplanowych i epizodach (Magdalena Wachowska jako Bożena, Matylda Staśto-Kotuła jako Homena, Łukasz Klimczak jako Lumir i Adam Radnicki jako Hlasatel) dotrzymywali pola, nie przyćmiewając jednak głównych bohaterów. Jedynym zgrzytem było fatalne, nierówne, nieczyste solo posła (Jakub Pawlik).

Sinfonietta Cracovia prowadzona przez Jurka Dybała zaimponowała pełnią i wielobarwnością brzmienia; blacha grała prawie bez pudła (nawet w stylizowanych fanfarach, w trakcie których trzymałam się krzesła w nerwach i już, już czekałam na kiksy – taka ze mnie pesymistka). Poza zdesynchronizowanym zakończeniem zdecydowanie było czego słuchać! Inna sprawa, że orkiestry było względem śpiewaków za dużo – brak kanału i budowa sali zrobiły swoje. Właśnie przestrzeń i dysproporcję winiłabym za niknięcie niskich rejestrów i zacieranie czytelności wysokich. Różnice wynikające z tego, w którą stronę skierowani byli śpiewacy w Łaźni Nowej są też niestety znacznie bardziej słyszalne niż w przyzwoitych teatrach operowych.

Po tym spektaklu marzy mi się Vanda w operze, w regularnym repertuarze któregoś z teatrów – choćby w Krakowie. Dlaczego nie? Czemu trzeba czekać na festiwal, żeby ją zobaczyć i usłyszeć? A jeszcze bardziej marzy mi się, że odnajdzie się Wanda Żeleńskiego.